Wpis tygodnia

Autor wpisu:

prof. Michał Wojciechowski

prof. Michał Wojciechowski

Ur. w 1953 r., profesor Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, ekspert Centrum im. Adama Smitha. Teolog świecki, zajmujący się Biblią i starożytnością, ale także etyką życia gospodarczego i politycznego. Napisał z tej dziedziny książki "W ustroju biurokratycznym", "Moralna wyższość wolnej gospodarki", "Biblia o państwie", "Między polityką a religią", "Za rodziną". Przewodniczący Rady Programowej Fundacji PAFERE.

Zobacz artykuły, które napisał:

prof. Michał Wojciechowski

Ile kosztują nas politycy?

05 maja 2015

Sam chciałbym wiedzieć… Na powyższe pytanie dałoby się znaleźć odpowiedź, choćby przybliżoną, ale nie bez pracochłonnych badań. Te byłyby kosztowne, a przecież należące do systemu instytucje akademickie grantu na taki cel nie sfinansują.

Dlatego poniżej mało zacytuję liczb, a zajmę się metodą badania. Wymieńmy pozycje na liście kosztów. Najpierw takie, które można nazwać bezpośrednimi. Ile kosztują urzędnicy? Ile kosztują wybory? Tu pojawiają się uchwytne liczby.

Część tych wydatków jest jednak zamaskowana. W budżecie figurują koszty obrony narodowej, policji, służby zdrowia itd. Jaką część z tego stanowią wydatki na administrację? Na pewno zbyt dużą, ale odpowiednie pozycje bywają trudne do wydzielenia. Poza budżetem znajdują się bardzo podobne wydatki reszty sektora publicznego (choćby administracja ZUS), spółek skarbu państwa, samorządów.

Te ostatnie są o tyle ciekawe, że pozwalają na porównania. Wydatki administracyjne samorządów w przeliczeniu na jednego mieszkańca potrafią być bowiem bardzo różne. Od dawna nie wyniosły one nigdzie mniej niż sto złotych rocznie, ale trafiają się oszczędne gminy i miasta z wydatkami sto kilkadziesiąt zł na mieszkańca rocznie. Bardziej typowy koszt to 300-400 zł. Widać wyraźnie, że większość to marnotrawcy.

Jeśli chodzi o władze i instytucje centralne, (nie)celowość obecnych wydatków można ocenić, porównując je z tymi sprzed dwudziestu lat, gdy urzędników różnego szczebla było trzy razy mniej – a średnio nie zarabiali więcej, niż w sektorze prywatnym (a teraz więcej). Ale i tak bronią oni swoich wydatków jako koniecznych.

Najlepiej widać koszty głównych instytucji centralnych. Łatwo zauważyć, że nie ma potrzeby utrzymywania 460 posłów, skoro przedwojennej Polsce wystarczało 200. Z drugiej strony uznaję argument, że gdyby więcej zarabiali, mniej byliby skłonni do korupcji. Nadmierny budżet kancelarii prezydenta da się efektownie przedstawić (475 tys. zł dziennie, drożej niż dwór królowej brytyjskiej).

Te koszty, choć zbytnie, są jednak w skali kraju marginalne. Masowa rozrzutność na niższym szczeblu kosztuje znacznie więcej. Tu i tam występują podobne przyczyny. Posady przeznaczone są po części dla zwolenników i krewnych, a po części wynikają z komplikacji prawa, które zmusza do wielu pracochłonnych czynności. Wydatkowanie pieniędzy (system zamówień publicznych) jest zorganizowane źle.

Koszty systemu to nie same wydatki na administrację. Ta wydaje przecież nie tylko na siebie, powie obrońca niby opiekuńczego państwa, lecz także na drogi, szpitale, szkoły. Tak, wydaje, ale nieefektywnie. Wydając cudze pieniądze na cudze potrzeby państwowy funkcjonariusz, nawet jeśli nie kradnie (a korupcja wydaje się bardzo częsta), wydaje je często rozrzutnie i niecelowo. Różnica na minus stąd wynikła to kolejny koszt. Porównanie z funkcjonowaniem firm prywatnych sugeruje, że marnotrawstwo państwowe pochłania rzędu jednej trzeciej wydatkowanych środków.

Tu przechodzimy do pośrednich kosztów systemu politycznego. Wspomniane już prawo: Polska bije rekordy światowe w objętości aktów prawnych. Za komplikacją idzie niejasność przepisów. Nie tylko administrację państwową naraża to na zbędne wydatki. Ilu księgowych i prawników wykonuje pracę wynikłą z samej ustawy o VAT? Potem ich zarobki wlicza się do dochodu narodowego, chociaż na dobrą sprawę powinny być księgowane w rubryce „straty”.

Na koszty pośrednie składa się nie tylko praca zbędna i jałowa. Tę przynajmniej widać i da się ją jakoś oszacować. Natomiast nie widać tego, co z powodu złego funkcjonowania państwa w ogóle nie zostało zrobione ani nawet podjęte. Na skutek utrudnień prawnych i wysokich podatków w Polsce pracuje tylko nieco ponad połowy ludzi w wieku produkcyjnym.  Nie wszyscy by pracować mogli i chcieli, ale od razu widać, że nie wykonana praca, nie założone firmy, nie wykorzystane pomysły to odpowiednik co najmniej połowy tego, co istnieje i funkcjonuje. A gdy ludzi nie stać na dzieci, należałoby do strat doliczyć to wszystko, co mogłyby one zrobić po dorośnięciu.

Biorąc to wszystko łącznie, dochodzimy do wniosku, że sprawny i uczciwy system polityczny i prawny mógłby nasze aktywa w niedługim czasie podwoić. Wymaga to przyznania obywatelom więcej wolności i ograniczenia zasięgu państwa.

 

Photo credit: Kancelaria Premiera / Source / CC BY-NC-ND

Udostępnij na:

Polecamy także:

STRONA WPISU: jeden losowy post

  • Dominik Cwikła

    Będzie jeszcze ciężej o robotę

    Jeśli ktoś sądzi, że oskładkowanie umów-zleceń przyniesie taki sam lub większy dochód pracownikowi, to pozostaje mu jedynie życzyć powodzenia. Pracodawca przecież nie wyda ani grosza więcej na pracownika, zaś pieniądze, które zostaną odebrane człowiekowi w składkach najpewniej nigdy do niego nie dotrą. To naprawdę bardzo proste Janek pracuje w call-center. Ma umowę-zlecenie. Zarabiał ok. 2,2 […] Czytaj więcej

Komentarze: